piątek, 14 czerwca 2013

Jak zabiłem siebie w sobie

Hej :) Dziękuję Wam za komentarze! Zawsze mi się mordka cieszy, jak widzę, że komuś się chciało poświęcić tę minutę czy drugą, na napisanie do mnie kilku słów na temat tego, co piszę i jak. Dziękuję!

Tekst, który zamieszczam dziś, od tygodnia wisi już na forum sasunaru.pl, więc dla niektórych nie będzie żadną nowością. Tym niezarejestrowanym mam nadzieję, że się spodoba :)

Tytuł: Jak zabiłem siebie w sobie
Długość: One-shot, M
Pairing: SasuNaruSasu
Gatunek: AU, Naruto POV
Ostrzeżenia: OOC, kilka krótkich opisów +18
Uwagi: Tekst inspirowany reportażem "Wściekły Pies" Wojciecha Tochamna, który bardzo, bardzo wszystkim polecam. Raczej poważny, chociaż chyba nie angst. Za poprawki dziękuję Kuroneko ; *




W świetle dnia spotkałem go tylko raz. To był ten ostatni raz.

*

Na co dzień staram się być tak zwyczajny, jak to tylko możliwe. Budzę się rano, myję się, ubieram, jem. Wypełniam swe codzienne obowiązki. Czasem wystarczy, gdy tylko siedzę w kancelarii, czasem muszę gdzieś zawieźć przełożonego, któremu ostatnio zabrano prawo jazdy. Nic nadzwyczajnego. Po południu jem obiad i wychodzę na spacer. Staram się każdego dnia zamienić słowo ze staruszką sprzedającą kwiaty przy skrzyżowaniu. Uśmiecham się do niej, bo wiem, że jej mąż nie żyje, a jedyna córka wyjechała do Chin i prędko nie wróci. Ona uśmiecha się w odpowiedzi i gładzi mnie po włosach. Mówi, że je lubi, że są takiego samego koloru, jak włosy jej męża. Potem mówi, że dobry ze mnie chłopak. Mam kilkoro takich znajomych, starszych ludzi, którym do szczęścia potrzebna jest odrobina zainteresowania.
Jestem osobą raczej aktywną. Tak ja sam mówię o sobie, ale inni określają mnie mianem faceta z ADHD. Podobno wszędzie mnie pełno. Tak przynajmniej mówią. Owszem, lubię być w ruchu. Chodzę na basen, czasem na siłownię. Latem organizuję wycieczki, turnusy młodzieżowe. Nawet niedawno zostałem pochwalony. Podobno umiem znaleźć wspólny język z nastolatkami. Nic mi o tym nie wiadomo, ale, gdy któreś z tych dzieciaków przychodzi do mnie z problemem, słucham. Unikam dawania rad, bo co ja mogę wiedzieć o ich życiu, ale staram się być obok, tak, żeby nie czuli się sami. Z młodszymi dzieciakami raz do roku, w sierpniu, organizuję turniej piłki nożnej, o puchar dzielnicy. Ostatnio jednak myślimy nad zmianą nazwy, bo do rozgrywek przyłączyły się dwa osiedla nie z naszego rejonu.
Chyba jestem lubiany. Nie mówię, o dzieciakach. Mówię o „szefie”, jak go poufale w środowisku nazywamy, czyli o moim przełożonym. Koledzy też mnie chyba lubią. Niektórzy, ci bardziej przebojowi, czasem proponują mi, żeby się wyrwać gdzieś na jedną noc. Mówią, że znają kilka kobiet, które mogłyby nam pomóc się zrelaksować - i mrugają przy tym łobuzersko. Śmieję się wówczas, podnoszę dłoń i mówię im, że nic z tego. A potem wracam do pokoju i siadam przy komputerze.
Od dziecka byłem religijny. Rodzice nauczyli mnie „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Tak, modliłem się wieczorami. Aż do końca liceum byłem ministrantem, służyłem na Mszy. Wtedy też zorientowałem się, że coś jest ze mną nie tak. Kiedy odkryłem, że podoba mi się młody ksiądz.
Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło, ale byłem jeszcze w szkole średniej. Młody, głupi, rządny przygód, naiwny. Wejście na pierwszy sex-chat dla gejów przyszło mi zaskakująco łatwo. Gdy jednak ktoś do mnie napisał – wylogowałem się, przestraszony, jakby mnie ktoś przyłapał na kradzieży cukierków w sklepie. Potem wróciłem. Ciekawość przemogła. Ale nie na długo. Ciągle się bałem, że robię coś złego. Że to grzech.
Nie udało mi się zabić swojej natury. Spotkania z prawdziwymi mężczyznami zaczęły się mniej więcej, gdy byłem na studiach. Umawiałem się z nimi przez Internet. Pamiętam pierwszego z nich. Pamiętam, że tak się bałem zdemaskowania, że umówiłem się z Murzynem, nie znającym ani słowa w naszym języku. Dostałem od niego to, czego chciałem. Następny z nich już bez problemu szeptał mi do ucha, co mi zrobi, gdy zostaniemy sami.
Sauny odkryłem dzięki jednemu z facetów, z którymi się umawiałem. Dał mi adres jednej z nich. Później nie mogłem w to uwierzyć – czterdzieści minut jazdy tramwajem i byłem w swoim Raju. Na początku jednak bardzo się denerwowałem. W saunie nie bawiłem się w półciemne kabiny, czy zaparowane sale, poszedłem od razu do darkroomu. Pamiętam faceta, z którym wtedy uprawiałem seks – czy raczej pamiętam jego pęknięty głos i mokry, owłosiony tors. Mówił do mnie jakieś sprośne banały. Potem, już w szatni, szukałem go wzrokiem. Nie wiem, czemu, chyba z ciekawości. Przyglądałem się innym facetom, słuchałem ich głosów, próbując rozpoznać tego z darkroomu. Szybko jednak przestałem, bo to nie miało żadnego sensu. Nigdy później już tego nie robiłem. Następni z nich byli dla mnie, tak, jak ja dla nich – anonimowi.
W mieście jest kilka saun dla gejów. Byłem we wszystkich. Zostałem stałym bywalcem dwóch z nich. Nie ograniczałem się już do darkroomów. Sale, kabiny, pokoje zbiorowego seksu – próbowałem wszystkiego. Raz nawet udało mi się uprawiać seks w szatni. Sauny stały się moim nałogiem. Bywałem w nich co tydzień, a czasem nawet kilka razy w tygodniu. Starałem się nigdy nie uprawiać seksu z tymi samymi mężczyznami. Nie zawsze się udawało. Miałem wtedy mniej więcej dwadzieścia siedem lat. Pracowałem już.
Znałem go, uprawiałem z nim seks miesiąc wcześniej, w innej saunie. Uświadomiłem sobie, że to on, gdy już na nim siedziałem, twarzą w twarz, on we mnie zanurzony po trzon. Uniosłem się i opuściłem na niego, patrząc mu w oczy. Wtedy dotarło do mnie, że pamiętam te oczy. Pamiętam te rysy twarzy, ten nos i te usta. I te czarne, proste kosmyki opadające na czoło.
Oczywiście, nie dałem po sobie poznać, że coś było nie tak. Złamałem własną zasadę, żeby nie uprawiać seksu dwa razy z tym samym facetem, ale cóż z tego, gdy rozpoznałem go dopiero w chwili, w której już nie było odwrotu? Istniało tylko jedno wyjście – kochać się z nim i, po skończonej sprawie, zapomnieć. Dlatego nie przejąłem się zbytnio i pozwoliłem chwili trwać.
W sali oprócz nas była jeszcze jedna para. Gdy zaczynaliśmy, oni byli już na finiszu i szybko skończyli, po czym narzucili ręczniki na biodra i wyszli. Gdy drzwi zamknęły się za nimi, mój partner chwycił mnie za przedramiona. Nie przestał się we mnie poruszać, ale domyśliłem się, że i on mnie poznał.
- Chcesz się spotkać jeszcze raz, poza sauną? – spytał.
Dla mnie odpowiedź była oczywista.
- Nie szukam partnera na stałe – odpowiedziałem na tyle spokojnie, na ile pozwolił mi na to swymi ruchami.
- Ja też nie – odpowiedział, po czym chwycił mnie mocno i przyspieszył rytm. – Nie to ci proponuję… tylko to.
Trzymał mnie tak mocno, że nie mogłem się ruszyć. Mogłem się tylko mu poddać.
- Tylko raz? – spytałem, gdy byłem bliski finiszu i mój świat ograniczył się do tych rytmicznych pchnięć, z dala od wszelkiego rozsądku.
- Tylko raz – odpowiedział.
Żeby to się na tym skończyło… Może nie byłbym teraz takim wrakiem, jakim jestem. Mogłem się nie zgodzić, mogłem stchórzyć, mogłem go zwyczajnie wymazać z życia. Ale wtedy pewnie nie mógłbym już pokazać się w żadnej z saun, żeby go przypadkiem ponownie nie spotkać. Nałóg był silniejszy.
Spotkałem się z nim raz. Potem drugi. Potem trzeci. Czwarty. Piąty. Dziesiąty.
Na co dzień starałem się zachowywać najzwyczajniej, jak można. Budziłem się, myłem, ubierałem, jadłem śniadanie. Wykonywałem swoje obowiązki, jak zwykle. Ale coś było nie tak. Coś się zmieniło.
- Coś ci jest, bracie? Ostatnio jesteś zamyślony, jak nigdy. Gdzie się podziało twoje ADHD? Wymodliłeś, i sobie poszło? – śmiali się ze mnie moi koledzy.
A ja ubierałem komżę, brałem koszyk i podczas Mszy zbierałem datki, mrucząc „Bóg zapłać”, podczas, gdy w myślach miałem wspomnienia ostatniej nocy.
Tak, myślę, że go kochałem.
To nie przyszło od razu. Nie było żadnego ‘bum’, o którym tak często piszą zakochane nastolatki. Po prostu w pewnej chwili uświadomiłem sobie, że nie mogę żyć bez tych spotkań. Sauny odeszły. Z nim spędzałem każdą wolną noc.
Spotykaliśmy się w hotelach, albo w motelach. Staraliśmy się zmieniać je za każdym razem. Wyjeżdżaliśmy nawet za miasto. Raz, jednej szalonej nocy, rozbiliśmy namiot na polu namiotowym, nad jeziorem, i kochaliśmy się po cichu, ciesząc się jak nastoletnie łobuzy, uważając, żeby nie usłyszał nas żaden z obozujących wokół letników.
Wiedziałem o nim wszystko i nic. Wiedziałem, że nie lubi słodyczy, że lubi nowocześnie skrojone, eleganckie marynarki, że dwa razy w tygodniu chodzi na siłownię. Wiedziałem, że lubi kochać się bez prezerwatywy, że woli kończyć w środku, że lubi być pocierany w kroczu, gdy to on jest na dole. Nie wiedziałem, jak ma na nazwisko, gdzie mieszka i z kim. Czy ma żonę, partnerkę. Gdzie pracuje i jakich ma znajomych.
On wiedział o mnie dokładnie tyle samo, co ja o nim. Wszystko i nic.
Nie spotykaliśmy się poza tymi cyklicznymi wyskokami. Żadnych wyjść na piwo, na bilard. Nigdy nie zapraszał mnie do swojego mieszkania. Ja, z oczywistych względów, jego do mojego domu też nie. W telefonie miałem go zapisanego, jako „hydraulika”. Śmiał się z tego przez cały wieczór, gdy się dowiedział. On mnie zapisał jako „mechanika samochodowego”. Mimo całej tej konspiracji, tych masek i ukrywanych spotkań, to właśnie wówczas czułem, że naprawdę żyję. Tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju.
- Wierzysz w to, że kiedyś będziesz zbawiony? – spytałem go któregoś razu.
- Co? – wykpił moje pytanie, nie dowierzając w to, co właśnie usłyszał.
Nie chciałem dać za wygraną. Nie w tej kwestii.
- Święty Paweł napisał, że mężczyźni, którzy uprawiają seks z mężczyznami, nie wejdą do Królestwa Niebieskiego.
- Co cię obchodzą problemy starego dziadygi? – Dotknął mojej twarzy. – Nie mamy czasem ciekawszych rzeczy do robienia?
- Pytam naprawdę – Starałem się być poważny.
- Nie odpowiem ci – Moja powaga nic go nie obeszła. – Nie interesują mnie takie tematy.
Westchnąłem.
- Wierzysz w coś w ogóle? – spytałem, bez nadziei na odpowiedź.
- W siebie – odparł. – I w to – Pocałował mnie.

*

Spotykaliśmy się równo pół roku. Przestaliśmy dwunastego stycznia. Wtedy, kiedy Bóg postanowił mnie zabić.

*

Na pierwszy rzut oka, nowy obowiązek, jaki nałożył na mnie „szef”, wyglądał, jak awans. Miałem odwiedzać ludzi w naszej i sąsiedniej parafii, po raz pierwszy w życiu. Nic takiego, jak mówili mi koledzy. Zbieranie datków, poświęcanie domów. Zwyczajna posługa. Też tak uważałem, więc grzecznie wypełniałem swój obowiązek.
Nie pamiętam, ile domów obszedłem, zanim trafiłem na tamto mieszkanie. Może osiemdziesiąt. Nieważne.
Gdy to on otworzył mi drzwi, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Stałem tam i nie mogłem wykrztusić słowa. On też był zaskoczony, ale dopiero wtedy, gdy się zorientował, w co jestem ubrany, zobaczyłem na jego twarzy prawdziwy szok. Wiele bym dał, żeby wówczas obudzić się z krzykiem we własnym łóżku i żeby okazało się, że to wszystko było koszmarnym snem.
Nigdy w życiu sutanna i koloratka nie paliły mnie tak, jak wtedy.
- Witamy księdza! Niech ksiądz wejdzie do pokoju – powiedział mężczyzna, który wychynął zza pleców mojego kochanka.
Brzeżkiem świadomości skonstatowałem, że to musi być jego starszy brat – byli bardzo do siebie podobni. Wciąż jednak stałem w progu, niezdolny do tego, by się poruszyć. Wówczas brat mojego kochanka polecił mu, żeby się odsunął i zrobił mi miejsce. Użył jego imienia. Imienia, które kochałem, a które teraz zabolało, jak strzała wbita w trzewia.
Nie wiem, jakim cudem zebrałem się w garść. Przemknąłem do wskazanego pokoju, jak cień, pragnąc tylko odbębnić swoje i uciec jak najszybciej.
Podczas, gdy odmawiałem zwyczajową modlitwę, on stał w pewnej odległości, z rękami założonymi na piersi, wściekły tak, że nawet brat zerkał niepewnie w jego stronę.
Wiedziałem, że to kara boska. Bóg chciał, żebym skończył z tym grzechem. Chciał zabić we mnie geja. Pokazywał mi, jak jestem mały, jak niewiele mogę i niewiele znaczę. Doprawdy, nie musiał jeszcze dokładać mi tej rozmowy na sam koniec.
- Przepraszam za brata – powiedział starszy, - jest niewierzący. Nie mogę go jakoś namówić na wizytę w kościele.
- Nie szkodzi – burknąłem.
- Nic w tym dziwnego – wtrącił się mój kochanek. – Kościół potępia homoseksualistów, czy nie tak?
- Święty Paweł napisał, że mężczyźni kochający mężczyzn nie wejdą do Królestwa Niebieskiego – odrzekłem, a każde słowo paliło mi język na popiół.
Mój kochanek patrzył na mnie z wściekłością i niedowierzaniem. Bałem się spojrzeć mu oczy. Bałem się tego, że go zawiodłem. Bałem się, że wszystko między nami skończone. Bałem się też – i nienawidzę siebie za to – że mnie zdradzi, że powie, kim jestem.
Nie powiedział.
- I co, pewnie nie można nic z tym zrobić? – spytał tylko.
Wiedziałem, co Kościół odpowiada na to pytanie. Poznałem odpowiedź już w seminarium, tylko nie chciałem z nią żyć. A teraz pojąłem, że mam ją przyjąć. Mam ją wypowiedzieć.
- Jeśli wyrzekniesz się samego siebie, będziesz żył we wstrzemięźliwości, zostaniesz zbawiony – odrzekłem.
To był moment, gdy Bóg odniósł zwycięstwo. Zabiłem siebie w sobie.
Nie spotkaliśmy się już więcej.

*

Do tej pory czasem siadam przy komputerze i zerkam na adresy nowych saun. Nie potrafię całkowicie z tym zerwać.
Nazywam się… nieważne, jak się nazywam.
Mam trzydzieści lat. Jestem księdzem. Jestem gejem.
Zabijam siebie w sobie od dwóch lat i czterech miesięcy.
Czasem czuję się, jak dziecko błądzące w mroku. Nie wiem, co w moim życiu było prawdziwe, a co nie. Jeśli ktoś przychodzi do mnie z problemem, słucham, ale nie udzielam rad.
Nie czuję się na siłach.

8 komentarzy:

Casjel pisze...

Ooo...ciekawe :)

Erroay pisze...

Zastanawiam się czy mam taki posępny humor od rana, czy może nabawiłam się go przed chwilą po przeczytaniu tego, niezbyt pozytywnego tekstu?
Umiesz wpływać na ludzie nastroje, to na pewno.
Pozdrawiam :)

James Kleptomaniac pisze...

Taa... Straszna, okrutna prawda...
Ale seminarium cóż to za gejoza~

Kill pisze...

Przyznam szczerze, że spodziewałam się innego zakończenia i jestem w lekkim szoku. Jednakże jest to inne i daje do myślenia. Nie rozumiem dlaczego homoseksualiści mieliby nie być wpuszczeni do Królestwa Niebieskiego. Na szczęście Bóg jest miłosierny i na pewno im wybaczy, bo miłość jest najważniejsza. Naruto powinien o tym wiedzieć skoro jest księdzem :P

Lucy pisze...

Przeczytalam i wlaczyl mi sie jakos tak nastroj na myslenie x.X ale... Opowiadanie z pewnoscia mnie zaintrygowalo, jest po proatu inne. Juz nie moge sie doczekac Twoich kolejnych prac. =3

Anonimowy pisze...

Witam,
tekścik jest naprawdę rewelacyjny.... troszkę mnie zaskoczył, zwłaszcza zakończenie... czytało się bardzo dobrze...
Dużo weny życzę Tobie...
Pozdrawiam serdecznie Basia

Floydowa pisze...

Hmmm... bardzo ciekawa fabuła oneshota, jeszcze się z podobnym pomysłem nie spotkałam. :D

Teny Crow pisze...

Ciekawe °^°